Chapter Four – Przyjaciele Nie Bardzo

Chapter One

Chapter Two

Chapter Three

Extra Bonus

Po krótkiej sesji w domu moich rodziców, wskoczyliśmy z Krysią w jej duże, wygodne auto i pojechaliśmy po Sandrynkę, która przebierając nóżkami czekała już na nas i oczywiście mnie 😉
Jechaliśmy za Wałbrzych, do Rzeczki , gdzie Łukasz był współorganizatorem imprezy kończącej wakacje „Letnie szanty”. Przyznam, że nigdy nie słucham takiej muzyki, więc nie wiedziałem, jak się tam odnajdę. Z klimatów marynistycznych to jedynie czasem piłem rum, ale to inna sprawa…
Nasza droga przeciągała się przez wyścig kolarski i wielki korek jaki przez to powstał. Ale wcale nas to nie martwiło, bo dzięki temu mogliśmy nadrobić zaległości w plotkowaniu i obgadywaniu znajomych. 😉
Nie sądziłem, że impreza będzie naprawdę tak duża, zrobiona z takim rozmachem, no, ale jak Łukasz się za coś bierze no to musi być rozmach.
Z Łukaszem odnaleźliśmy się po chwili, dostaliśmy szlachetne role gości vip, niestety, obowiązki organizatora i radnego nie pozwalały mu na siedzenie tylko z nami, a my nie mogliśmy się chwalić że siedzi tylko z nami.
Łukasz oczywiście miał stolik dla nas, przy którym siedział hmmm… kowbojski kapelusz, biała broda, kamizelka wypisz wymaluj Old Shuterland, z powieści Karola Maya. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że będę jego Winetou, ale powoli, dojdziemy i do tego.
Oczywiście siedliśmy, przywitaliśmy się, przedstawiliśmy sobie. Pan Wiesław okazał się dobrym przyjacielem Łukasza i człowiekiem, który prowadzi klimatyczny pensjonat agroturystyczny.
Muzyka – szanty, umilała nasze nieśmiałe rozmowy z Panem Wiesławem, który w pewnym momencie spytał mnie, czy to Ja jestem ten Rafał?
Lekko zmieszany odpowiedziałem, grzecznie oczywiście…no ja, a bo co…
Pan Wiesław spytał, czy miałabym ochotę spróbować ” produktów regionalnych”?
Ja zważywszy, że lubię jeść i gotować, odparłem, że oczywiście tak, ser, wędliny czy inne jedzenie z własnych wyrobów, zawsze.
Jakież było nasze zdziwienie, że to nie chodziło o jedzenie… A o magiczny, regionalny płyn 😉
Układ w jakim siedzieliśmy, to był pan Wiesław, ja obok niego, i jeszcze Krysia, a naprzeciwko naszej trójki była Sandrynka.
Po spróbowania kilku „gryzów” produktu Wiesia, tak, już wtedy byliśmy na per Wiesiu, zadał On istotne pytanie.
Wiesiu zapytał , czemu nie siedzę koło żony??? Ja dość mocno zmieszany, zresztą Krysia i Sandrynka też, bo i woda ognista zaczęła działać i to pytanie, o żonę, gdzie już byłem po, i wolny, i w ogóle, nooo nieważne…
Mówię do Wiesia, że ja nie mam żony przecież… Wiesiu spojrzał na Sandrynkę, siedzącą naprzeciwko i mówi… Myślałem, że Ona to Twoja żona… Ja pytam czemu… A Wiesiu na to: no bo nie gadacie ze sobą, nie patrzycie na siebie jak małżeństwo…
Doświadczony człowiek. 😀 😀 😀
Krysia z uśmiechem odparła, że my jesteśmy wszyscy tylko przyjaciółmi, Wiesiu zrobił głęboki wdech, przymrużył jedno oko, machnął lekko ręką i mówi:
… Tacy przyjaciele nie bardzo…

Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie i lawinowo, a przecież nikt z nas nie planował aby ta wyprawa trwała dłużej niż dwie trzy godziny.
Łukasz z Wiesiem (przypominam Winetou i Old Shuterland) mieli niestety, jak się później okazało inne plany.
Nasza paczka miała przenieść się do Wiesia. Więc po ciężkich i trudnych negocjacjach, trwających wydawałoby się w nieskończoność, a dokładnie całe trzy minuty, wylądowaliśmy w pięknym miejscu, ze wspaniałym tarasem, kuchnią i klimatem, po prostu fantastycznym miejscu.
Okazało się, że była i dziczyzna i więcej produktów regionalnych, i kozy, i Pan Irek i George Michael… Ciekawostka, On wciąż nie żyje a dalej śpiewa???
Nagle, ku wielkiemu naszemu zdziwieniu, Krysia wyciągnęła aparat i tak powstało te kilka wyjątkowych zdjęć…

PS. Teraz wiem jak białe twarze w postaci Old Shuterlanda wykończyły rdzennych mieszkańców Ameryki , takich jak Winetou. To nie strzelby, nie broń i wojny… Zgubił ich…

Produkt regionalny…

Krysia Lemańska

Sandrynka

Wiesław Bronowicki

Nie widoczni na zdjęciach

Łukasz Kazek

P. Irek

Kozy

George Michael

Skomentuj

%d bloggers like this: